Jeszcze we wrześniu bardzo wczesnym rankiem zawitałam do Piekar pod Krakowem. Można powiedzieć, że jeszcze zanim kogut zdążył zapiać, doszłam z przystanku nad brzeg Wisły i tam zaczęłam czekać, aż się trochę przejaśni. Gęste mgły nie pozwoliły dojrzeć nic, co znajdowało się dalej jak na dwa metry, a do wschodu słońca było jeszcze trochę czasu. Słyszałam jedynie kaczki, które najwidoczniej miały ze mnie świetny ubaw, bo ich odgłosy można zinterpretować jedynie jako wredny rechot.

Tyniec

Czy to kościół? Czy to opactwo? Nie! To drzewo…

Wiedziałam, że właśnie z tego miejsca ma się rozciągać piękny widok na Opactwo Benedyktynów w Tyńcu. Jak na razie, nie mogłam się rozeznać, czy to co widzę, to klasztor, drzewo czy też głaz. Po 20 minutach zorientowałam się, że jednak drzewo i samo opactwo jest bardziej po prawej stronie.

Na ujrzenie klasztoru zeszło mi czekać niemal godzinę i już powoli traciłam nadzieję, aż w końcu się ukazał znad mgieł. Im słońce było wyżej, tym wyraźniejsze stawało się oblicze opactwa oraz jego odbicie w wodach Wisły. Warto było czekać. I warto było mieć ze sobą termos z herbatą i Spotify.

Tyniec

Jest! Istnieje jednak! GPS nie zawiódł. Oto jest Opactwo Benedyktyńskie!

Widok jaki się ukazał był niemal mityczny.